Niechciane obowiązki stały się moim najlepszym treningiem rozwoju osobistego
Kiedy zaczynałem służbę w Państwowej Straży Pożarnej, byłem przekonany, że wiem dokładnie, na czym polega moja praca. Myślałem jak większość młodych strażaków:
„Moim zadaniem jest jeździć do zdarzeń, gasić pożary, ratować ludzi, działać w sytuacjach zagrożenia. Od tego tu jestem.”
W tamtym czasie nawet nie brałem pod uwagę, że w służbie będzie też coś więcej – wystąpienia publiczne, spotkania z dziećmi, czy oprowadzanie wycieczek po remizie. Wydawało mi się to po prostu nieistotne. Tyle że życie bardzo szybko zweryfikowało to przekonanie.
Co znajdziesz w tym artykule
W naszej jednostce regularnie pojawiały się zadania, które nie miały wiele wspólnego z typową akcją ratowniczą ani ćwiczeniami.
Trzeba było prowadzić prelekcje w szkołach, organizować zajęcia w przedszkolach, uczestniczyć w próbnych ewakuacjach, oprowadzać grupy po remizie, przygotować krótkie szkolenie dla druhów z OSP. Często wyglądało to tak, że informacja przychodziła w ostatniej chwili – „weź, ogarnij to, bo jesteś młody”.
Nie będę ukrywał – wielu moich kolegów reagowało na to niechęcią.
Słyszałem różne komentarze:
„Po co ja mam to robić?”
„To nie jest moja robota, ja jestem od działań.”
„Jak chcą gadać, to niech biorą z “góry”.””
I ja sam myślałem podobnie. Do momentu, w którym zrozumiałem jedną bardzo prostą rzecz:
skoro i tak muszę to zrobić, mogę zrobić to tak, żeby coś z tego mieć.
To zdanie stało się początkiem mojej największej zawodowej zmiany.
Od obowiązku do wyzwania
Kiedyś na takie zadania reagowałem zniechęceniem. Dziś traktuję je jak osobisty trening.
Zamiast myśleć: „Znowu mnie wyznaczyli”, zacząłem myśleć: „OK, to będzie mój trening wystąpień.”
To jedno przesunięcie w głowie zmieniło sposób, w jaki podchodzę do każdego dodatkowego zadania.
Z czasem zacząłem traktować każde z nich jak darmowe szkolenie, które dostaję od życia.
Prelekcje w szkołach stały się dla mnie treningiem komunikacji i nauką, jak mówić o trudnych rzeczach w prosty sposób.
Szkolenia dla OSP to świetne pole do ćwiczenia przemawiania przed dużą grupą ludzi.
Rozmowy z dziećmi uczą spontaniczności, luzu i improwizacji.
Nagłe prośby o kilka słów do kamery – to najlepsze ćwiczenie odporności na stres i autoprezentacji.
A oprowadzanie wycieczek po remizie? To budowanie relacji i naturalnej pewności siebie, która później przydaje się w każdej sytuacji.
Na początku nie wyglądało to imponująco. Moim pierwszym „wystąpieniem” była pogadanka w przedszkolu, gdzie mówiłem o czujkach dymu wśród pluszowych misiów i kredkowych rysunków. Był jeszcze jeden moment, który pamiętam wyjątkowo dobrze.
Zaprosili mnie do mojej własnej szkoły podstawowej, do klasy, do której chodziłem przez kilka lat.
Stałem dokładnie w tym miejscu, gdzie kiedyś siedziałem jako uczeń i opowiadałem o służbie strażaka, o akcjach, o odpowiedzialności, o tym, jak wygląda służba. Dla mnie to było zamknięcie pewnej pętli: kiedyś słuchałem innych, teraz to ja miałem coś do przekazania.
Potem przyszły większe rzeczy – szkolenia dla kilkudziesięciu osób, wywiady, wystąpienia na scenie, konferencje.
Z biegiem czasu okazało się, że te wszystkie sytuacje, których kiedyś nie chciałem, stały się moją przewagą.
Moment przełomu
Pamiętam dokładnie dzień, w którym coś się we mnie przestawiło.
Byłem świeżo po szkole aspirantów. Pojechaliśmy na szkolenie dla OSP.
Ja – najmłodszy, świeżo po szkole. Miałem pomagać w prowadzeniu zajęć, a głównym prowadzącym był mój starszy kolega.
W pewnym momencie wyszedł na kawę i… już nie wrócił.
Zostałem sam. Sala pełna ludzi. Sto par oczu skierowanych we mnie. Żadnego scenariusza, żadnych notatek, zero przygotowania.
Miałem dwa wyjścia:
powiedzieć „nie dam rady” albo spróbować i zrobić to najlepiej, jak potrafię.
Wybrałem drugie.
Tamten moment był dla mnie przełomowy.
Zrozumiałem, że kompetencje buduje się w działaniu, a nie w gotowości.
Nie wtedy, gdy czujesz się przygotowany, tylko wtedy, gdy decydujesz się zrobić krok mimo braku pewności.
Mój prosty mechanizm rozwoju
Od tamtego czasu trzymam się jednej prostej zasady:
AKCEPTUJ ➜ ZRÓB ➜ PODSUMUJ ➜ POPRAW.
Nie robiłem tego idealnie. Bywało, że się jąkałem, gubiłem wątek, mówiłem za szybko.
Ale po każdym wystąpieniu robiłem krótką analizę:
• Co poszło dobrze?
• Gdzie się wysypałem?
• Co poprawię następnym razem?
To powtarzalne działanie, ta konsekwencja, dała mi coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka.
Kiedy inni narzekali, że znowu muszą coś prowadzić, ja widziałem w tym szansę na kolejny krok.
Z czasem zauważyłem, że im więcej takich zadań wykonujesz, tym bardziej rośniesz – w miejscu, w którym inni stoją w miejscu.
Lekcja, którą zabrałem ze służby do życia
Rozwój osobisty nie zawsze wygląda jak kurs, coaching czy sala szkoleniowa.
Czasem przychodzi w postaci zadania, którego nie chciałeś.
I właśnie to zadanie, które wydaje Ci się zbędne, może stać się najcenniejszym treningiem w Twojej karierze.
Dziś nagrywam filmy, prowadzę bloga, szkolę, występuję publicznie. I nie mam wątpliwości – wszystko zaczęło się wtedy, gdy przestałem narzekać i zacząłem wykorzystywać okazje.
Każda z nich, nawet ta najmniej wygodna, coś wnosiła.
Każde „zrób to za kogoś” dawało mi doświadczenie, które zbudowało mój charakter i pewność siebie.
Nie musisz lubić każdego zadania. Ale jeśli potraktujesz je jak wyzwanie, a nie przykry obowiązek, zobaczysz, że to właśnie one często prowadzą Cię tam, gdzie naprawdę chcesz być.